Autorem jest | 14 listopada 2019

Jako nastolatka bardzo starałam być oryginalna i wyjątkowa. Z naciskiem na starałam, bo w gruncie rzeczy kopiowałam różne wzorce sprawdzone już przez poprzednie pokolenia i rówieśników. Malowałam sobie na koszulkach napisy typu Narvana, robiłam wzory przy użyciu sznurka i wybielacza, nosiłam na plecaku własnoręcznie wyszyty napis “Niech mnie ktoś przytuli” rodem ze Shreka. No, próbowałam.

Szczerze mówiąc, te wysiłki na niewiele się zdały. Gdzieś w głębi duszy taiło się niezaspokojone pragnienie bycia zauważoną – i coś mi mówi, że nie tylko ja czułam się w ten sposób w czasach tzw. młodości. Ta tęsknota za tym, aby ktoś nas dostrzegł i docenił to podstawowa, naturalna potrzeba, bardzo głęboko zakorzeniona w formowaniu naszej tożsamości.

Bycie zauważoną w dobry sposób najbardziej kojarzy mi się z sytuacją nagłej zmiany środowiska. Dostrzegamy wtedy często, że nowi ludzie wokół w zupełnie inny sposób nas postrzegają i cenią. Na przykład niespodziewanie śmieją się do rozpuku z naszych żartów, chwytają w lot skojarzenia – znacie to uczucie? Jak latanie.

Albo spotkanie ze starym przyjacielem, który zna nas na wylot i z powrotem, od pieluch przez najbardziej żałosne zauroczenia miłosne i najlepsze przygody – łącznie z przechodzeniem przez płoty i bieganiem w deszczu. Kiedy taka osoba wspomni jedną twoją cechę, którą lubi najbardziej, albo zauważy zmianę, nad którą od lat z wysiłkiem pracujesz, to czujesz się jak otulona się od stóp do głów ciepłą kołdrą w chłodny wieczór.

Kiedy myślę o uczuciu bycia zauważoną, przypomina mi się też biblijna postać Hagar. Odrzucona, skazana na śmierć (swoją i dziecka!), jak bardzo niesprawiedliwie została potraktowana! Niczym nie zawiniła; no może nie powinna odnosić się z pogardą do swojej bezpłodnej pani, ale otrzymała niezwykle okrutny wyrok. Wygnana, tułała się po pustyni, będąc na granicy życia i śmierci.

Czy musiało być aż tak tragicznie, żeby Bóg ją dostrzegł?  Myślę, że nie. Jednak wobec tych okoliczności mogła równie głęboko co odrzucenie poczuć Bożą łaskę i miłość. Bóg był z nią. Widział jak cierpi i chciał jej pomóc. Nie była sama.

Co za niezwykła świadomość – moje cierpienie nie jest tylko moim, ale jest ktoś, kto współodczuwa ze mną. Jestem dla kogoś cenna. Jemu nie jest wszystko jedno. Zależy mu na tym, co czuję i kim jestem. W ciągu życia odbieramy wiele zranień, rozczarowań i często pozostajemy z pustym miejscem w sercu, oczekującym na zauważenie i docenianie. Robimy głupoty, a czasem podejmujemy tragiczne w skutkach decyzje kierowane pragnieniem bycia widzianą lub wyróżnioną. Całą swoją historię możemy dzisiaj przynieść przed Boży tron. Co to właściwie miałoby oznaczać w praktyce?

Bóg czeka na nas – takich, jakimi jesteśmy i jest gotowy na głęboką relację, spotkanie Ciebie prawdziwej. Docenia i zna Twoje serce, wie czym się wzruszasz, czego się wstydzisz, a czym skrycie pogardzasz. Pomyśl dzisiaj o Bogu, który Cię widzi nawet pośrodku pustyni. Widzieć kogoś to słuchać, być obok z uważną troską.  Dzięki takiej kochającej obecności możemy nareszcie się rozluźnić, odpuścić sobie wystudiowane pozy i słowa. Możemy rozkwitać, iść dalej, iść do przodu.

Gdybym wziął skrzydła rannej zorzy i chciał spocząć na krańcu morza, 

Nawet tam prowadziłaby mnie ręka twoja, dosięgłaby mnie prawica twoja. 

A gdybym rzekł: Niech ciemność mnie ukryje i nocą stanie się światło wokoło mnie, 

To i ciemność nic nie ukryje przed tobą, a noc jest jasna jak dzień, ciemność jest dla ciebie jak światło.

Bo Ty stworzyłeś nerki moje. Ukształtowałeś mnie w łonie matki mojej.

Wysławiam cię za to, że cudownie mnie stworzyłeś.  

Psalm 139,9-13

Panie, nie wywyższa się serce moje i nie wynoszą się oczy moje; Ani nie chodzi mi o rzeczy zbyt wielkie i zbyt cudowne dla mnie. Zaiste, uciszyłem i uspokoiłem mą duszę; Jak dziecię odstawione od piersi u swej matki, Tak we mnie spokojna jest dusza moja.

Psalm 131