Autorem jest | 12 września 2018

Fascynacje muzyczne mojego męża przybierają formy totalne, co powoduje, że czasami przez wiele tygodni słuchamy w kółko tych samych piosenek. Tak było z Holy War Alicii Keys [link: https://www.youtube.com/watch?v=3NwLTltmkoo]. Jej tekst zapadł mi mocno w pamięć, a szczególnie jeden fragment:

What if sex was holy and war was obscene? [A co, jeśli to seks jest święty, a wojna nieprzyzwoita?]

Czy spowodowała to Alicia (którą zresztą sama bardzo lubię), czy inne tropy skierowały mnie w tym kierunku – zaczęłam myśleć o wojnie, wywołanej jednym ze znaczeń angielskiego sex – płcią, a właściwie wywołaną tym, co zrobiliśmy z relacjami pomiędzy ludźmi różnych płci.

Bo co, jeśli seks jest święty, a wojna płci – nieczysta? I co to właściwie znaczy?

Pomyśl o tych wszystkich babskich wieczorach: singielki narzekające, że nie ma, no po prostu nie ma już wolnych facetów wartych grama ich uwagi, że żaden nie potrafi zdobywać, że same łamagi i dziwacy. Mężatki pomstujące na swoje brzydsze połowy, które tak bardzo się zmieniły po ślubie, wyrzekające na ich oczywiste braki, niewrażliwość, ignorancję. Sieją lekceważenie zamiast szacunku. Przypomnij sobie mężczyzn naśmiewający się z kobiecej emocjonalności, strachów, irracjonalności. Sieją pogardę zamiast ochrony i wsparcia.

Żyjemy wspólnie, we wspólnocie małżeństwa, rodziny. Społeczeństwo – teoretycznie – zupełnie nas nie segreguje (przynajmniej w Polsce i Europie): spotykamy się na sąsiednim pasie drogi za kółkiem, przy biurku obok w pracy, możemy nawet dumnie spacerować obok siebie na golasa w saunie.

Granice, bardzo ostre i raniące, dzielą nas najpierw w myślach, potem przeradzają się pułapki słów, a one składają się na powtarzające się schematy, oceniające i uderzające boleśnie w relacje, a tym samym w powstające na ich bazie rodziny.

Wszystkich nie zmienię, więc zaczynam od siebie: próbuję wsłuchać się w swoje myśli, kiedy pod wpływem celnego ciosu prosto w moje kompleksy i niezagojone rany zalewam się jadem – jest tu wyborna mieszanka: oskarżenia, wyrzuty, wypominanie, jest dokładnie cała litania z poradników relacyjnych – ale niestety z sekcji tego postaraj się nie robić. Własnoręcznie buduję mur, nawet jeśli moje słowa nigdy nie ujrzą światła dziennego. Ale raczej ujrzą, skoro już stały się myślami. Te bardzo szybko materializują się jako słowa i działanie.

Zadaję sobie bezpośrednie pytanie: czy ja – zajęta budowaniem murów, które mają mnie osłonić przed kolejnym atakiem, chronieniem swoich ran zamiast leczeniem ich i tworzeniem coraz większych oczekiwań – jestem w stanie spełniać swoje obietnice z przymierza małżeńskiego? Czy akceptuję swojego mężczyznę i męskość w ogóle, czy jestem w stanie szanować go z całym dobrodziejstwem inwentarza, który ze sobą wnosi?

Czy przypadkiem nie pozwalamy sobie na pielęgnowanie ukrytego przekonania, że nasza siła bierze się z upokarzania się wzajemnie, ze względu na to kim jesteśmy?

Czy mogę jednak po prostu zaczerpnąć z wiecznego źródła i żyć w pełni? I co, jeśli seks jest święty, a wojna płci – obrzydliwa?

Seks jest Bożym pomysłem, planem na spotkanie się w pełni akceptacji, przyjęcie siebie nawzajem takimi, jacy jesteśmy. Wojna płci podejmowana bardziej lub mniej świadomie to typowo ludzki wymysł. Co właściwie pomaga nam osiągnąć? Czy cokolwiek? Jaką nadzieję budujemy dla swoich relacji i rodzin narzekając na beznadziejnych mężczyzn i zbyt wymagające kobiety?

A może mogę zrobić coś szalonego i wyciszyć niszczący mnie i moją relację pożar złych myśli. Być może mogę powoli rozdmuchać tlący się żar dobrych myśli.

Wrócić do podstaw: żona szanująca męża. Mąż kochający żonę jak Chrystus kościół. Miłość zdolna do małej ofiary. Gdzie sprzedają formułę na takie małżeństwo? Jak miałoby to funkcjonować w świecie, w którym żona to stara, która zabrania wyjścia z kumplami, a mąż to nieczuły egoista, który nic nie rozumie? Co się stało z oryginalną recepturą dobrego małżeństwa i dlaczego pozwoliliśmy sobie na używanie bardzo zawodnej podróby? Gdzie się podziały takie składniki jak bycie jednym ciałem, uzupełnianie swoich braków, zanurzanie swoich błędów w przebaczającej łasce, bo i nam przebaczono…

Potężne kłamstwo oczekiwań, wymagań, ocen staje się czasami podstawą małżeństwa, a także sposobu patrzenia na płeć przeciwną. Zatruwa ono ludzkie serca jak ropa, która wda się w ranę. Być może jedynym rozwiązaniem jest zwrócenie się do Doskonałego Chirurga, który ostrym skalpelem otworzy ranę, usunie wszelki brud i tak oczyszczonej pozwoli się nareszcie zabliźnić. Zaleje wszystko szczodrze czystą, wysokoprocentową, doskonale odkażającą – och, tak – miłością…

 „Postępujcie z wszelką pokorą i łagodnością. Cierpliwie znoście jedni drugich w miłości.”  Efezjan 4:2