Autorem jest | 29 maja 2016

Było późne wiosenne popołudnie, cienie stawały się coraz dłuższe, powietrze nabierało zapachu ogrodowych kwiatów. Zuzia właśnie złapała za bas, żeby rozpocząć codzienne ćwiczenia. Po kilku taktach przerwała i usłyszałam zaaferowane wołanie. Burknęłam coś pod nosem, bo przed chwilą wyciągnęłam odkurzacz, z którego miałam zamiar zrobić użytek. Kładące się ukośnie promienie słońca bezlitośnie uwypukliły powłokę kurzowo-okruchową na podłodze, a mam niestety trudność z ignorowaniem takiego widoku. Zu nie dawała za wygraną, więc w końcu pofatygowałam się do niej.

– Mamaj! Zobacz jaki wielki gołąb.

Faktycznie, na tarasie, tuż za szybą siedział szaro-granatowy przedstawiciel ptactwa. Karmnik jest już wprawdzie zdjęty na lato, ale od czasu do czasu zdarzają nam się wizyty mniejszych i większych pierzastych. Para sierpówek, uparta sroka, o wróblach i sikorach nie wspominając. Nie przejęłam się więc specjalnie, a ponieważ kiedy młody człowiek ma się uczyć lub ćwiczyć na instrumencie, zwykle ogarnia go wciekły głód i pragnienie, wzywa toaleta, przychodzą na myśl nie cierpiące zwłoki sprawy, fuknęłam tylko „Tak, ładny – ćwicz, nie kombinuj!” – i podreptałam likwidować irytujące okruchy.

Po chwili dźwięki basu znów znów umilkły. „Ale on się w ogóle nie boi!” Pierzasty jak usiadł tak siedział, dokładnie w tym samym miejscu i zupełnie nie reagował na nasze ruchy i stukanie w szybę. Uklękłyśmy z Zu naprzeciw niego. Coś mi tu nie gra, on jest jakiś inny – pomyślałam. Apatyczny, osłabiony? Eeee tam. Pewnie zaraz sobie poleci. Nie będę teraz przecież siedzieć i obserwować gołębia. Za 15 minut muszę wychodzić na wywiadówkę.

Zu okazała więcej serca niż ja, bo pomyślała głośno:

– A może on jest głodny?

– Może… Nasyp mu trochę słonecznika, jest jeszcze w szufladzie w kuchni.

Rozsypana garść ziarenek wywołała niebywałe ożywienie. Gołąb dosłownie rzucił się na nie i pochłaniał z zawrotną prędkością, bez pauzy na przełknięcie. Gdyby miał uszy, to z pewnością by mu się trzęsły. Czyli głodny. Poza tym większy i szlachetniej upierzony niż zwykłe brudasy z ryneczku, a do tego na obydwu łapkach miał plastikowe obrączki z numerkami. Na żółtej doczytałyśmy: „Proszę o kontakt + numer telefonu komórkowego.” Zuzia dyktowała cyfrę za cyfrą, ja wpisywałam i po chwili wypowiedziałam kwestię: „Dzień dobry, ja w sprawie gołębia…”

Dowiedziałyśmy się, że miał prawo być głodny, bo przeleciał ok. 250 km z Niemiec i nie wystarczyło mu sił, żeby dotrzeć do domu, czyli jeszcze jakieś 30 km. „Proszę pani, on jest wycieńczony jak człowiek po obozie…nie ma woli dalszego lotu. Gdyby pani mogła nasypać mu trochę ryżu, rozlać wodę i dać jakąś komóreczkę, klateczkę, żeby go koty nie zjadły. Odpocznie dwa, trzy dni i może z Wami zostanie, a może poleci dalej.”

Jerzy – bo tak ochrzcił go najlepszy mąż i ojciec rodziny – okazał się najprawdziwszym gołębiem pocztowym, uczestnikiem zawodów i wyczynowcem. Z braku klateczki lub komóreczki zaoferowaliśmy Jerzemu garaż, w którym zamieszkał na dwie wyjątkowo chłodne i wietrzne doby. Dokarmiany i dopajany wybierał coraz to wyżej umiejscowione stanowiska – rączkę kosiarki, prowadnicę od bramy garażowej. Hojnie oddawał to, co przyjmował w postaci pstrych kleksów tu i ówdzie. Dostał z tej okazji ksywkę Bob – jak bobki. Trzeciego dnia wieczorem wypuściliśmy Jerzego vel Boba na wolność, ku rozpaczy Basi, która machnęła mu pożegnalny portret w ołówku, opatrzony sercami z brokatu. Pokręcił się chwilę koło domu, a potem zniknął.

Na drugi dzień przyszedł sms: „Gołąb doleciał. Dziękuję i pozdrawiam”. Radość w rodzinie.

Tak, pamiętam, to nie jest blog ornitologiczny. Jednak wizyta niespodziewanego gościa, którego los nas ujął, nasunęła mi kilka myśli, które niewiele mają do czynienia z ornitologią, za to wiele z nauczaniem Jezusa.

Zastanowiło mnie, jak łatwo było mi przyjąć bierno-obojętną postawę, realizować dalej swój program dnia i nie przejmować się jakimś dziwnie zachowującym się … ptakiem.

Zastanowiło mnie, jak niewiele potrzeba było, żeby ten ptak mógł przetrwać, nabrać sił i wrócić do domu. Opakowanie słonecznika. Umycie podłogi w garażu.

Zastanowiło mnie wreszcie, że z jakichś powodów wylądował tego popołudnia właśnie na naszym tarasie, właśnie o tej porze. Nie miał siły przelecieć ani metra dalej. Mogliśmy go po prostu nie zauważyć lub zignorować – nie rzucał się w oczy.

Większość ludzi, których droga przecina się z naszą nie rzuca się w oczy. Każdy z nich ma swoją historię. Może się okazać, że szklanka wody podana we właściwym czasie ma dla kogoś znaczenie, z jakiego nawet nie zdajemy sobie sprawy. Potrzebujemy otwartych oczu i uszu, żeby widzieć więcej niż czubek własnego nosa. Zwyczajne drobne gesty mają znaczenie większe, niż przypuszczamy nie tylko dla drugiej osoby, ale także dla Jezusa, który przenika nasze motywacje i ceni każdy przejaw prawdziwego miłosierdzia – szczególnie okazany tym najbardziej zapomnianym i pogardzanym.

Niedługo przed ukrzyżowaniem Jezus mówił do uczniów tak: „Kiedy Syn Człowieczy przyjdzie w chwale w otoczeniu wszystkich aniołów swoich, zasiądzie na tronie chwały i wszystkie narody zgromadzą się przed Nim. A On oddzieli jednych ludzi od drugich, tak jak pasterz zwykł oddzielać owce od kozłów. A potem powie Król do tych, co są po prawej stronie: Przyjdźcie, błogosławieni Ojca mego, weźcie w posiadanie królestwo, które dla was było przygotowane od początku świata. Byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem obcy, a przyjęliście Mnie. Byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a nawiedziliście Mnie; byłem więźniem, a przyszliście do Mnie. Wtedy odpowiedzą Mu sprawiedliwi: Panie, kiedyż to widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Cię, spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedyż widzieliśmy Cię obcym i przyjęliśmy Cię, nagim i przyodzialiśmy Cię, albo chorym i w więzieniu i poszliśmy Cię odwiedzić? A Król odpowie im tak:

Zaprawdę powiadam wam, cokolwiek uczyniliście jednemu spośród najmniejszych braci moich, uczyniliście Mnie samemu.”  Ew. Mat. 25,31-40

 

Od serca – Marta