Autorem jest | 4 grudnia 2016

Każdy z nas rozumie miłość inaczej, przez pryzmat własnych doświadczeń z dzieciństwa, okresu młodzieńczego, dojrzałego życia… Częściej wie się, czym ona NIE jest, niż czym jest naprawdę. Więc powtarzamy, że nie jest zauroczeniem, zakochaniem, lękiem przed samotnością, manipulacją w imię „twojego dobra”, deklaracją, słowami, romantyczną aurą …

Jednocześnie zgadzamy się, bez względu na światopogląd, że Hymn o Miłości z 13 rozdziału I Listu Ap. Pawła do Koryntian jest kwintesencją miłości i niedościgłym standardem, za którym tęsknimy. Miłość, która jest stylem życia, postawą serca  i umysłu. Miłość, która jest czynem, jak śpiewaliśmy w grupie młodzieżowej za dawnych czasów.

Ach, gdyby tak kochać, nie zazdroszcząc (kto nie zna tego uczucia?), nie myśląc nic złego (spróbuj choć jeden dzień :), z cierpliwością (gdy zegar mówi ci: „już za późno”), nie unosząc się gniewem (wow, nie będę szarą myszą stojącą cicho w kącie, gdy ktoś mnie nie szanuje!), okazując  łaskę (przecież szukam już tylko zwykłego poczucia przyzwoitości), nie pamiętając tego, co złe (no chyba, że dopadnie mnie demencja starcza!), wszystko wytrzymując (to co, mam udowadaniać,  że nie jestem słoniem?).

Pytamy więc ponownie: Czy można tak kochać?

Tak, ale tylko wtedy, gdy zaprzemy się własnego ”ego”.  Tylko, czy ktoś  to lubi?

Jeśli wariant A jest dla Ciebie za trudny, spróbuj wariantu  B: „Kochaj bliźniego, jak siebie samego”

Pomyśl np. o tym, czego nie lubisz i postanów nie robić tego wobec innych:

nie lubię gdy ktoś mi zazdrości

gdy czuję ktoś o mnie źle myśli

a mówi gładkie słowa

bierze mnie na mdłości

otwieram przed kimś serce

powierzam myśl skrytą

a ktoś kwituje to z uśmiechem

„brzmi nieźle” kobieto

Drętwieję gdy na mnie się gniewa

zanim mnie wysłuchał

nie znając  kulis wydarzenia

czy przyjdzie po tym skrucha?

Czy w takim razie prościej jest kochać, czy nie robić tego, co dla nas jest niemiłe? Wkładać cudze buty, by zrozumieć postępowanie drugiego człowieka, nie zadając mu koniecznie pytania: „dlaczego”? Niech każda z nas odpowie sama.

Miłość to dla mnie empatia, za którą podąża chęć ulżenia komuś, pocieszenia, dodania odwagi, gdy tego potrzebuje.

Miłość to wspólne świętowanie, cieszenie się z cudzych osiągnięć i sukcesów, z dobrych rzeczy, których ktoś doświadcza w swoim życiu.

Miłość to troska, by ktoś nie zabłądził, nie pokaleczył się, nie zgubił, ale jeśli tak się zdarzy, to nie osądzi, lecz opatrzy rany i otrze łzy.

Miłość to rozładowanie ciężkiej atmosfery dobrym żartem, by nikt nie był skonsternowany, zawstydzony.

Miłość to chęć obdarowania miłym słowem, uprzejmością, podarkiem, poświęconym czasem, wiedzą, doświadczeniem.

Miłość to również takie proste gesty, jak kubek ciepłej kawy przyniesiony mężowi do łóżka, to wstawanie do dziecka kolejny raz w nocy, to zupa w słoiku przywieziona choremu teściowi, to… och to tysiące drobiazgów wykonywanych z potrzeby serca.

Jezus powiedział: „Nowe przykazanie daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, jak ja was umiłowałem” (Ew. Jana 13,34) To „nowe” polega na tym, że już nie o własnych siłach kochamy. Nasza miłość jest krucha, krótkotrwała i chwiejna, ale podłączona do Bożego źródła przekracza ludzkie granice, zdobywa się na poświęcenie, czyny heroiczne,  i co fascynujące – zauważona wśród Bożych dzieci – zaraża innych do szukania i poznawania Boga.

Od serca – Lucyna