Autorem jest | 16 października 2015

Nie lubię jeździć samochodem. Mam prawo jazdy od kilku lat, nigdy nie zaliczyłam żadnej kolizji, ale za każdym razem, kiedy siadam za kierownicą walczę ze swoim strachem. Obawiam się, że nie będę dość uważna, czy na pewno znam trasę, którą mam jechać, boję się zachowania pieszych, rowerzystów, innych kierowców, zmiany pasa na zatłoczonej jezdni – lista jest długa. Nie znoszę też parkowania. Jestem niepewna swoich umiejętności sterowania pojazdem w miejskiej dżungli. Tak czy inaczej, co jakiś czas, mimo wszystko, przemieszczam się z jego pomocą. Toczy się wtedy często prawdziwa duchowa walka, choć wydawałoby się, że to taka banalna sprawa!

Kiedy pierwszy raz miałam pokonać sama odcinek kilkudziesięciu kilometrów autostrady, który dzieli miasto, w którym mieszkam od domu moich rodziców, byłam po prostu chora. Musicie wiedzieć, że jako kursantka byłam tą, której instruktor delikatnie sugerował, że naprawdę mogę przyspieszyć, a nawet gdy miałam już prawko, to raczej się nie przepadałam za prędkością, co dawało mi złudne poczucie, że kontroluję sytuację na drodze.

W dniu wyjazdu dokładnie sprawdziłam trasę na mapie i pomodliłam się. To była bardzo szczera modlitwa kogoś, kto czuje, że sam zupełnie nie da sobie rady i potrzebuje wsparcia z Góry. Na lekko trzęsących się nogach wsiadłam do auta. Oddałam Bogu moją maszynę, umiejętności i odpaliłam silnik. Żeby wesprzeć swoją koncentrację na monotonnej (mimo tylu emocji :)) trasie zaczęłam śpiewać uwielbieniowe piosenki. To było to! Przecież właściwie jedyne, co musiałam robić, to trzymać się swojego pasa i odpowiednio mocno wciskać pedał gazu. Niewiele więcej. Wszystko było w porządku. Strach był zdecydowanie na wyrost. Jestem w Bożych rękach. Wszystko gra. Dojechałam na miejsce ubłogosławiona.
Bóg nie zabrał ot tak całego strachu, ale był ze mną, kiedy go przeżywałam i z nim walczyłam. Myślę, że całkiem dobra strategia. Dzięki temu uczę się, kształtuje się mój charakter. Poznaję dogłębnie swoje słabości i sposoby pokonywania ich we współpracy z Najwyższym.

Zrozumiałam tę zasadę Bożego działania najpełniej, kiedy czytałam o historii życia Elizabeth M. w książce „We własnych butach”. Tak jak ja (i pewnie wiele z Was) założycielka „Lidii” oczekiwała, że Bóg zabierze trudne okoliczności, kiedy będzie się o to wytrwale modlić. Tymczasem okazało się, że On chce, żebyśmy zaprosiły go do samego środka naszych problemów. Powiedziały prawdę o tym, jak się czujemy, czego obawiamy. Nie udawały Superbohaterek. Skupiły się na Jego mocy, która jest niezmienna nawet kiedy my jesteśmy bardzo słabe.

Jeśli chciałabyś coś w sobie zmienić w kwestii strachu, to mam dla Ciebie kilka pytań:
1. Czego się boisz? Postaraj się zatrzymać za każdym razem, kiedy czujesz strach i uświadomić, co jest jego przyczyną. Czy jest to obawa o bezpieczeństwo bliskich? Lęk o finanse? O przyszłość? O to, czy będziesz akceptowana? Zapisz sobie każdy z powodów, jaki znajdziesz i odpowiedz na kolejne pytanie:
2. Czy Twój strach ma racjonalne uzasadnienie? Często boimy się rzeczy wręcz absurdalnych (pająki, myszy) i racjonalizacja tego strachu może pomóc Ci się z nim zmierzyć. Zastanów się też, czy masz wpływ na ten aspekt rzeczywistości, którego się obawiasz? Jeśli to coś poza Twoją kontrolą – nie ma sensu się bać.
3. Czy zaprosiłaś Boga do samego środka Twojego strachu czy próbujesz radzić sobie sama? Lubimy być niezależne, ale uwierz, że z Nim będzie o wiele łatwiej. On naprawdę bardzo chce być tam z Tobą.


 

Nie bój się, bo Ja jestem z Tobą. (Ks. Izajasza 43,5)

Od serca – Agnieszka