Autorem jest | 2 marca 2017

Właśnie zjadłam pyszną zupę. Taką z kurczaczkiem, wołowinką i ziemniaczkami. Idealną na mroźny dzień po spacerze. Sama ją sobie zrobiłam, zjadłam i czuję się błogo. Z zupami jednak różnie to bywa, nie zawsze tak łatwo. Czasem jedna zupa może przewrócić całe życie do góry nogami. Ale zacznijmy od początku…

Pierwsza zupa zapisała się w historii starożytności dzięki uroczym bliźniętom dwujajowym o imionach Jakub i Ezaw. Stary Testament podaje, że była to zupa z soczewicy. Mniam! Chłopcy urodzili się jako wyczekane potomstwo Izaaka i jego żony Rebeki. A oto tekst źródłowy:

„A gdy chłopcy wyrośli, Ezaw był mężem biegłym w myślistwie i żył na stepie. Jakub zaś był mężem spokojnym, mieszkającym w namiotach. Izaak miłował Ezawa, bo lubił dziczyznę, Rebeka natomiast kochała Jakuba. Pewnego razu przyrządził Jakub potrawę, a Ezaw przyszedł zmęczony z pola. Rzekł wtedy Ezaw do Jakuba: Daj mi, proszę, skosztować nieco tej oto czerwonej potrawy, bo jestem zmęczony. Dlatego nazwano go Edom. Na to rzekł Jakub: Sprzedaj mi najpierw pierworodztwo twoje. A Ezaw rzekł: Oto jestem bliski śmierci, na cóż mi więc pierworodztwo? Jakub rzekł: Przysięgnij mi wpierw. I przysiągł mu, i sprzedał pierworodztwo swoje Jakubowi. Wtedy Jakub podał Ezawowi chleb i ugotowaną soczewicę, a on jadł i pił. Potem wstał i odszedł. Tak wzgardził Ezaw pierworodztwem.” (Genesis 25:27-34)

Jak podaje wcześniej Biblia, Ezaw urodził się pierwszy, a zaraz po nim przyszedł na świat Jakub. Co dzisiaj oznacza kolejność urodzenia nas czy naszych dzieci? Nic. Nie ma to żadnego znaczenia, jeśli chodzi o spadek. Każde z dzieci  dziedziczy w równiej części majątek po rodzicach lub  każde samodzielnie spłaca swój kredyt na dwupokojowe mieszkanko. W tamtych ciężkich czasach pierwszy syn cieszył się szczególnymi przywilejami i dziedziczył większość majątku (czyli w głównej mierze bydło rogate i ziemię do jego wypasania). Poza tym ojciec, głowa rodu, obdarzał go swoim błogosławieństwem, co było nie lada wyróżnieniem. Błogosławieństwo ojca wiązało się ze szczególnym błogosławieństwem samego Boga. A tu już było o co walczyć.

Jak dowiadujemy się z tekstu, Ezaw lubił polowania i życie wśród dzikiej przyrody. Jakub to domator i raczej myśliciel. Możliwe, że Ezaw był typem porywczego hulaki, dla którego najważniejsze było zaspokajanie podstawowych potrzeb życiowych, nie prowadził kalendarza, cieszył się chwilą, przedkładał działanie nad myślenie, potrafił poradzić sobie w trudnej rzeczywistości, w której liczyła się siła, szybkość reakcji i ograniczona dawka empatii. Jakub prawdopodobnie spędzał długie godziny na rozmowach z matką, planował przyszłość, poznawał historię swego rodu, zastanawiał się nad działaniem Boga w życiu swojej rodziny, potrafił przybić gwóźdź i wydoić kozę, ale wolał pewnie spędzać czas rozwiązując sudoku czy łamigłówki matematyczne. Całkowite przeciwieństwo rodzeństwa to nic dziwnego. Nikogo, kto ma brata czy siostrę lub posiada własne dzieci, to nie zaskoczy. To piękna i jednocześnie trudna różnorodność współistniejąca pod jednym dachem.

Ezaw musiał zdawać sobie sprawę ze swojej pozycji. Był pierworodny i należała mu się większość spadku oraz błogosławieństwo zarówno ziemskiego jak i Niebiańskiego Ojca. Tego samego Boga Ojca, który powołał jego dziadka Abrahama do zapoczątkowania ukochanego narodu izraelskiego, który miał być oczkiem w głowie Stworzyciela nieba i ziemi. Tego Boga, który sprawił, że jego babcia urodziła dziecko w wieku dziewięćdziesięciu lat. Tego, który rozmawiał z jego ojcem i jego dziadkiem jak najlepszy przyjaciel. Ale Ezaw wrócił z polowania i był głodny… Teraz, w tym momencie czuł głód, który potrzebował natychmiast zaspokoić.

Jakub miał pełną miskę, Ezaw padał z głodu. Brat zgłosił chęć pomocy w zamian za odstąpienie mu pierwszeństwa narodzin. Nad czym się tu zastanawiać, kiedy człowiek prawie umiera? „I przysiągł mu (…), a on jadł i pił. Potem wstał i odszedł” (Gen. 25:33-34).

Miska soczewicy…

Tyle był wart jego skarb. Jego tożsamość. Jego dziedzictwo.

Poświęcił kształt swego dalszego życia dla pragnienia, które mu wszystko przysłoniło. Jakby cała krew odpłynęła z serca i rozumu do żołądka, który teraz musi być napełniony. Zaspokoił chwilową potrzebę kosztem wiecznego przeznaczenia…

Spokojnie. Na szczęście to tylko historia o misce soczewicy.

Przeczytaliśmy. Przyjęliśmy do wiadomości. Zamknęliśmy Biblię. I odeszliśmy.

Ale może kiedyś, gdy będziemy gdzieś, gdzie nie powinniśmy być; z kimś, z kim nie powinniśmy być; dążąc do zdobycia czegoś, czego nie powinniśmy mieć; kosztem czegoś, co stracimy na zawsze – przypomni nam się miska soczewicy. Może jeszcze nie będzie za późno i zdążymy odsunąć łyżkę od ust. A może będziemy już wycierać brodę rękawem i zdamy sobie sprawę, że właśnie straciliśmy coś, czego nie da się odzyskać.

Pewnych rzeczy nie da się odzyskać. Trzeba nauczyć się żyć z nową tożsamością. Ale pewne jest to, że Bóg jest nadal wszechpotężnym, kochającym Bogiem. I On, jeśli tylko mu pozwolimy, napisze dalszy ciąg naszej historii…