Autorem jest | 25 stycznia 2017

Od pewnego czasu dręczyło mnie poczucie, że z moim współczuciem i miłosierdziem nie jest najlepiej. Szczególnie nieswojo czułam się, obserwując, że nie ma we mnie pasji do wspierania bezdomnych na ulicach miasta. Wydawało mi się, że zewsząd słyszę wspaniałe świadectwa takiej pomocy, widzę potrzeby, ale… Zbudowałam cały zestaw odruchów obronnych ze względu na intensywność, z jaką armia potrzebujących ruszała do ataku na moje „drobniaki” za każdym razem, kiedy wkraczałam do centrum. Przestałam w ogóle słuchać tego, co mówią osoby, które mnie zaczepiają. Na każdą z tych historii miałam taką samą odpowiedż: NIE! Uważałam, że z opowiadania wyciskających łzy historii część z nich uczyniła sposób na życie. Nawet jeśli czasami bywało, że kogoś jednak wspierałam, to nie wkładałam w to serca i z tyłu głowy słyszałam cyniczny głos „za chwilę przepuści to na alkohol, jesteś naiwniarą” albo „wcale mu nie pomagasz”.

Czytałam, oczywiście, słowa o wspieraniu sierot i wdów, dzieleniu się dwiema szatami i przyjmowaniu jednego z tych najmniejszych. Widziałam, że Boże spojrzenie na nieznaczących i pogardzanych w oczach świata jest zupełnie inne niż moje. Pełne miłości.

Dlaczego moje takie nie było? Ten temat pracował we mnie od paru miesięcy. W międzyczasie Bóg pokazywał mi, jak ważna jest dla niego jeszcze jedna kwestia, która i dla mnie była szczególna: emocje! Widziałam wyraźnie, że ON sam przyjmuje mnie z całym dobrodziejstwem inwentarza, z całą wewnętrzną orkiestrą, która potrafi zagrać i potężny hymn pochwalny, i smutne nastrojowe piosenki i wreszcie – rozstroić się całkowicie i potwornie hałasować.

Jezus bywał poruszony ludzkim smutkiem i niedolą. Wzruszał się, ale też gniewał. Ujmuje mnie zwłaszcza to, że często Jego emocjonalna reakcja poprzedzała cuda.

Przyszedł dzień, kiedy dostałam od Niego w prezencie pole do popisu, łączące w piękną całość gorący temat emocji i moich niedomagań w kwestii miłosierdzia.

W mojej klatce schodowej mieści się gabinet rehabilitacji. Pewnego zimnego, nieprzyjaznego dnia, wracając do domu zobaczyłam wdrapującego się po schodkach człowieka o kuli i automatycznie pomyślałam ” O, pacjent do gabinetu”. Dlatego też mijając go zapytałam, czy potrzebuje pomocy (i – umówmy się – miałam na myśli wejście po schodach, nic poza tym). W odpowiedzi usłyszałam, że owszem, mogę mu kupić coś do jedzenia, bo jest bezdomny.

Byłam właśnie między jednym sobotnim wypadem na zakupy a drugim, więc trochę zaskoczona (nie wyglądał na pierwszy rzut oka na „menela”) rzuciłam, że za chwilę do niego wrócę. Już w mieszkaniu wpadłam na genialny w swojej prostocie pomysł: gorąca herbata i kanapki. Przecież właśnie w ten sposób potraktowałabym każdego ze znajomych, który byłby zmarznięty i głodny. To  naturalna reakcja – wynikająca z emocji, a nie przymusu, bo tak jest bardziej po chrześcijańsku – na kontakt z kimś w potrzebie. Ten prosty przeskok myśli pomógł mi zobaczyć w bezdomnym na naszej klatce człowieka. Nalałam herbatę do niebieskiego kubka, który bardzo lubię, zapakowałam kanapki. Ucieszył się. Porozmawialiśmy chwilę. Był po ośrodku odwykowym, niestety wrócił na ulicę.

Pomyślałam: przecież mam znajomych, którzy też przeszli przez takie ośrodki. Są w moim kościele, są w dalszych i bliższych kręgach. Różnica między nimi a tym człowiekiem jest taka, że znaleźli już Boga i zmienili swoje życie. Być może byli kiedyś w bardzo podobnym miejscu, jak ten bezdomny.  Akurat tak się złożyło, że poznałam ich trochę później. A jego trochę wcześniej. Detale. Przyjmując tę perspektywę mogłam nie czuć się przytłoczona (jak to zwykle bywało) jego historią, ale podzielić się wiedzą o chrześcijańskich ośrodkach, o służbie, która pomaga uzależnionym i bezdomnym, o kościołach, w których można szukać wsparcia.

Miejsce, dzień, godzina. Słowo o nadziei. Gorąca herbata z miodem i pyszne kanapki. Taka może być miłość. Najprostsza na świecie, chociaż prosto z Nieba. I co ciekawe – to ja mogę ją dawać, zupełnie bez wysiłku, naturalnie. Poruszone serce chce odpowiedzieć. Mogę być doskonałym przekaźnikiem jako niedoskonała ja. I Najwyższy chętnie z niego skorzysta.

Miłość niech będzie bez obłudy. 

(List do Rzymian 12,9)