Autorem jest | 25 października 2018

Było sobie kiedyś dwóch braci – Jakub i Ezaw. Jak większość braci w księdze Rodzaju, niezbyt się lubili. W grę wchodziło odziedziczenie wszystkiego, w tym również miłości i uznania rodziców. To jedna z tych historii w Starym Testamencie, w które rzadko głębiej wchodzimy, bo mogłyby wzbudzić w nas nieprzyjemny dysonans. Szybko więc przechodzimy do porządku dziennego nad tym, że Jakub był w zasadzie oszustem, złodziejem i kłamcą i z łatwością wyżywamy się na jego starszym bracie stwierdzając, że frajer z niego i głupek, że nie docenił i wzgardził swoim pierworództwem.

A ja jakoś mam sympatię do tego Ezawa. Wyobrażam sobie go – rudego dzikusa, jak z rozwianymi włosami i poszarpaną brodą, zakurzony, niczym Aragorn – wraca z głuszy. I myślę o tym, że to nie jego wina, że w naszym dychotomicznym świecie, został gorszym charakterem, bo wyszedł z brzucha chwilę przed bratem, trzymającym go za piętę od chwili porodu aż do momentu, kiedy udało mu się go wreszcie prześcignąć.

U podstaw naszej zwykłej interpretacji tej historii leży założenie, że są wartości wyższe i niższe. Jedzenia najczęściej w ogóle za wartość nie uznajemy, ale pierworództwo – błogosławieństwo Boże, już tak. Dlatego właśnie sprzedanie pierworództwa za miskę zupy (nawet z soczewicy) od dziecka stanowi dla nas największe frajerstwo w całej Biblii.

A co, jeśli nie do końca istnieje hierarchia? Może jest tak, że najwyraźniej mamy przed oczami to, czego akurat najbardziej dotkliwie nam brakuje? Co, jeśli będąc w trybie skrajnego niedoboru jesteśmy w stanie myśleć o tej potrzebie, którą najmocniej czujemy? Trochę mi trudno z tą myślą, wolałabym trzymać się idealistycznej wizji człowieka, o której pisał Viktor Frankl w książce “Człowiek w poszukiwaniu sensu”. Wizji, mówiącej że przekraczanie samego siebie, sięganie po najwyższe wartości jest możliwe nawet w tak skrajnych warunkach jak obóz koncentracyjny. I myślę, że jest. Czasem, dla niektórych. Ale najczęściej tak nie jest.

Najczęściej w sytuacjach niedoboru nie stoimy na palcach. O 3 w nocy brakuje nam siły, żeby nie krzyczeć na dziecko. Zestresowani i zmęczeni po 8 godzinach pracy nie mamy dość cierpliwości dla innego kierowcy na drodze, ani uprzejmości dla 5 razy mylącej się kasjerki. Po dwóch tygodniach spania po 4 godziny (z przerwami) nieszczególnie też przychodzi nam do głowy pomysł, żeby się modlić, a nawet jeśli, to trudno zostać przytomnym. A kiedy wraca się wygłodzonym z dziczy i ktoś proponuje miskę ciepłego jedzenia, to można w tej chwili nie mieć w szczególnym poważaniu kwestii pierworództwa. Można po prostu chcieć nie umrzeć z głodu.

Kiedy patrzę na tę historię z punktu widzenia nie hierarchii wartości, nie mądrości wyborów, nie zdolności idealnego człowieka, ale raczej zwykłego, szarego śmiertelnika i jego potrzeb, to znajduję w niej zupełnie inne lekcje.

Na przykład taką, że aby czerpać z tych wielkich bogactw duchowości, które tak często każe nam się stawiać na pierwszym miejscu, musimy być w stanie. Musimy mieć zaspokojone niektóre inne potrzeby – może głód, może sen ale może też coś zupełnie innego, na przykład poczucie przynależności i wspólnoty.

Myślę też o tym, że żeby podejmować sensowne decyzje, też nie możemy być w sytuacji niedoboru. I że nieetyczne jest zmuszanie drugiego do dokonywania wyborów w takich momentach.

I ostatecznie dochodzę do miejsca, które zdaje się zgrzytać z tym, co często słyszymy. Takiego, w którym dociera do mnie, że żeby postępować dobrze, mądrze, najlepiej jak umiem, muszę najpierw zadbać o siebie. Że nie wespnę się na swoje wyżyny jeśli będę głucha na to co mówi moje ciało, ani na to co mówi moje serce. Że jeśli będzie mi bardzo brakowało, to nie ważne ile energii i czasu włożę – efekt będzie dużo gorszy, niż wtedy kiedy przyjdę zaspokojona i z lekkim sercem.

„Panie, Ty wiesz dobrze, czego pragnę, znane Ci jest każde moje westchnienie.” Psalm 38:10