Autorem jest oraz | 10 września 2015

„Oto, co mówi Pan: Biada temu, który w człowieku nadzieję pokłada i który w ciele tylko widzi całą swoją siłę, a sercem swoim jest daleko od Pana. Jest on jak dziki krzew rosnący na stepie i nie czuje już nic, gdy nadejdzie szczęście. Tkwi z uporem na miejscu spalonym przez słońce, na ziemi słonej, gdzie nikt już nie mieszka.

Szczęśliwy zaś ten, kto zaufał Panu, i Pan jest całą nadzieją jego. Jest on jak drzewo zasadzone nad wodą, sięgające korzeniami aż do samych źródeł. Niczego się nie lęka, gdy chodzą upały. Jego liście zawsze pozostają zielone, rośnie spokojnie przez cały rok suszy i nie przestaje wydawać owoców.”

Księga Jeremiasza 17;5-9 (Biblia Warszawsko-Praska)

Moja kamienica ma ponad 100 lat. Mieści się w szeregu osiemnastu innych, przylegających do siebie budynków, otaczających prostokątne podwórze. Przez wiele lat było to bardzo zaniedbane miejsce. Śmietniki kipiały nadmiarem odpadków, które wiatr rozdmuchiwał we wszystkich kierunkach. Wczesną wiosną i późną jesienią podłoże zamieniało się w błotniste pole, przez które z trudem można było przebrnąć. Niektórzy odważni lokatorzy parkowali swoje samochody na środku tego placu, grzęznąc w coraz to głębszej ziemistej mazi.

Kiedy nadchodziło lato, błoto zasychało, a w jego miejsce pojawiał się uciążliwy kurz, który miotany przez wiatr unosił się tumanami w górę i osiadał na ziemi. Zmywały go kolejne jesienne deszcze, tworzące na obrzeżach podwórka rwące strumyki. Tylko specjalne ochronne obuwie pozwalało pokonać wtedy drogę z bramy do śmietnika. Później przychodziła zima, śnieg litościwie otulał całą okolicę i dawał wytchnienie oczom, zmęczonym oglądaniem czarnego, brudnego pejzażu.

Na uboczu, pośród zaparkowanych aut i oskubanych z elewacji budynków, stoi dumne, stare drzewo kasztanowca, które przez lata było jedynym bastionem zieleni w tym miejscu. Nazywam je w myślach cudem. Często przygotowując posiłki dla rodziny zatrzymuję się przy kuchennym oknie, aby sprawdzić, jak się miewa moje drzewo. Bywało różnie. Zdarzało się, że nocne wichury listopadowe pochylały jego gałęzie prawie do ziemi. Stojąc w ciemności obserwowałam, jak miotany silnymi podmuchami wiatru cień toczy walkę z napierającym żywiołem. Dopiero światło poranka odsłaniało całkowite straty, jakie poniosło waleczne drzewo. Wiosną zieleń jego rozwijających się liści sprawiała mi radość i była zwiastunem nadchodzących dni, pełnych słońca i ciepła. Kiedy padał deszcz, miałam wrażenie, że Bóg zsyła życiodajną wodę, tylko dla niego. Pewnego lata jego liście zbrązowiały i zaczęły opadać, a jesienią nie pojawiły się kasztany. Przez wiele miesięcy było widać, że jest dotknięte chorobą, w wyniku której umiera. Nie obyło się bez interwencji ludzi z zieleni miejskiej, którzy obcięli spróchniałe gałęzie i dokonali innych zabiegów, które pomogły roślinie powrócić do zdrowia. Musiała minąć odpowiednia ilość czasu, która pozwoliła zwalczyć szkodniki lub inne przyczyny choroby. Połączenie tych elementów pozwoliło drzewu zazielenić się kolejnej wiosny, zakwitnąć różowo-białymi kwiatami, a jesienią zbombardować swoimi owocami zaparkowane wokół auta.

Dlaczego podwórkowe drzewo za kuchennym oknem tak bardzo mnie zaintrygowało? Myślę, że zobaczyłam w nim odbicie swojego własnego życia. Bywają w nim zarówno okresy trudne, niczym nocna wichura, jak radosne, podobne do słonecznego poranka. Jest jednak coś, co odróżnia mnie od drzewa. Podczas kiedy ono stara się przetrwać, ja pragnę czegoś więcej: chcę żyć, a nie tylko przetrwać. Chcę, by każdy etap mojego życia był przepełniony bliskością Bożą, drogą poszukiwania Jego wytycznych dla mojego życia.

Wyglądając przez okno w tamtą wietrzną noc, myślałam o tym, ile razy w moim życiu miały miejsce podobne wichury. Przychodziły nagle, atakowały bez ostrzeżenia, pozostawiając po sobie sporo zranień i bólu. Tylko światło Słowa Bożego pozwalało mi zweryfikować prawdziwy stan mojego serca i właściwie ocenić sytuację, z jaką przyszło mi się zmierzyć. Podobnie jak świt robił to dla drzewa, ukazując leżące na ziemi obłamane gałęzie, tak Boże Słowo dawało rzeczywisty obraz strat i obecnego stanu mojego ducha.

Wiem, że chcę być jak… drzewo zasadzone nad wodą, sięgające korzeniami aż do samych źródeł, które niczego się nie lęka, gdy chodzą upały. Jego liście zawsze pozostają zielone, rośnie spokojnie przez cały rok suszy i nie przestaje wydawać owoców. Dobry Bóg otacza je opieką.

Czy przeżywasz właśnie czas wichury lub suszy, gdzie okoliczności są jak pustynia, na której opadasz z sił? Czy bezsilna szukasz bezpieczeństwa i wyciszenia? Pozwól, aby Dobry Bóg był twoim powiernikiem i opiekunem. Powierz Mu w modlitwie swoje troski, pytania i ból.

Od serca-  Ania i Marta

19.05.2009

***
Szczęśliwi ci, co w Tobie pokrzepienie znajdują, kiedy myślą o pielgrzymowaniu. Gdy przechodzą Doliną Płaczu, staje się dla nich miejscem orzeźwienia, okrytym łaską wczesnego deszczu. Gdy idą, sił im przybywa, i będą widzieć Boga na Syjonie. Psalm 84;6-8
***

Modlitwa

Dobry Ojcze, dziękuję Ci, że w najtrudniejszych chwilach jesteś ze mną. Wierzę, że w najboleśniejszych okolicznościach i w obliczu największych zranień nie zostaje sama – Ty jesteś ze mną. Jesteś moją pomocą, jesteś moim pocieszycielem. Przy Tobie mam nadzieję. Chcę polegać tylko na Tobie. Oddaję Ci moje „dzisiaj” i każdy kolejny dzień. W imieniu Jezusa. Amen

Uczyń krok

Przeczytaj Psalm 1. Rozmyślaj o zawartych w nim Bożych obietnicach dla ciebie.